Dzien zaczal sie od dlugiego podjazdu (a to nowosc). Podjazd szutrowy, dlugi na kila km, wysoki na 500 m. Oczywiscie 1:1 (przerzutka), bo inaczej w ogole nie ma mowy, pot sie leje z czola, a ja pedze te 6,5 - 7,0 km/h. I tak sie zlozylo, ze mniej wiecej taki wiatr wial mi w plecy, tak ze nie odczuwalem zadnego ruchu powietrza, co nie pozostawilo braku sladu na koszulce... W takich oto warunkach nawiedzila mnie chmara much. Lataly wkolo, siadaly na mnie, przechadzaly sie po mnie, chodzily po okularach i pod nimi, wlazily do nosa i do uszu, nawet zatrzymywaly sie na dluzej w otworach w kasku. Gdy co jakis czas poruszylem mocniej kaskiem na glowie, wylatywalo spod niego kilka bzyczac 3 razy glosniej z oburzeniem, ze co to ma byc!
I to zebym ja byl jakis nieswiezy... Nie, tak mi sie przynajmniej wydaje. Wszak ludzie, z ktorymi rano rozmawialem nie odsuwali sie ode mnie bardziej niz zwykle, ale z drugiej strony tu wszyscy sa uprzejmi... W kazdym razie prysznic rano byl, ale z zimnej wody...
Zalowalem, ze nie mialem ostatnio wyprobowanych przez nas lepow na muchy. Obkleilbym sobie kask i polowe okularow, poprzyczepialbym do roweru, to by zobaczyly!
A podjazd byl raczej jak z Grecji albo Izraela, a nie z Islandii. Kurz, piach, kamienie, skwar i suchota. Tak przynajmniej bylo do szczytu, gdzie jeszcze miejscami zalegal snieg.
A tak przy okazji, wiecie skad sie wziela nazwa Islandia (znak zapytania). Ja tez nie wiedzialem (przpraszam, zalozylem, ze nie wiecie :)). Otoz byl sobie swojego czasu, tj. w roku 860 pewien jegomosc, Norweg (moim zdaniem), imieniem Floki Vilgerdarson, ktory przyplynal tu, przesiedzial zime, a gdy wiosna zobaczyl zatoke pokryta lodem, to postanowil, ze nazwie te kraine Is-land, wiecie, lodowy-lad... I juz, wystarczylo :) Dobrze, ze swojego czasu nikt taki nie zawital nad Zatoke Gdanska podczas takiej zimy jak w tym roku byla. Kto wie jakbysmy sie nazywali :)
No a pozostala czesc dnia to wizyta nad wodospadem Dynjandi (myslalem sobie, leee, co tam jakis wodospad, ot leci woda w dol i wielkie halo, ale ten naprawde robil wrazenie, zdjecia na necie, ktore widzialem przed wyjazdem (podobnie jak moje zdjecia tego wodospadu) totalnie nie sa w stanie oddac jego potegi i wielkosci. Niemniej polecam je zobaczyc :)
Koniec dnia to podjazd (7 km, 550 m w gore, szutr). Nie bede go opisywal w szczegolach. Bylo bardzo trudno. Duzo podprowadzalem. Wole sobie tego nie przypominac...
To, ze etap rowerowy sie konczy widze nie tyle po mapie (bo trase zawsze mozna zmodyfikowac), ale po zapleczu gastronomicznym, ktore ze soba woze. Nieuchronnie sie konczy! Zostal napoj izotoniczny na dzis i jutro, krakowska sucha, ktora tak sobie wydzielalem dzisiaj sie wyzerowala, a pudelko po kremie czekoladowym jutro rano zostanie wylizane do czysta... Przyjedzie Marta i zacznie sie prawdziwe ucztowanie :D
Pozdrowienia,
Michal
@Ola: Nie wiem czy to Cie uraduje, ale moge sprobowac go kontynuowac po powrocie do Gdanska po codzienniej jezdzie do pracy ;) W koncu tez na rowerze, tez z bagazem (mniejszym, ale zawsze) i tez jest ciezko (obudzic sie, wstac, ogarnac i wysiedziec ;) ). Ale przy wszystkich drogach laczacych Wrzeszcz z IEnem, mysle, ze ilosc kombinacji i atrakcji po drodze jest ograczniczona i szybko by sie blog znudzil :)
@Wilq: Damn, a myslalem, ze uda Ci sie byc na tym koncercie, tyle o nim mowiles. Wielka szkoda!
PS. Solar dziala od 3 dni jak zloto, zasila mi ladnie GPSa! Laduje sie tutaj 24 h/dobe :)
| A propos jedzenia i konczacych sie zapasow - pyszny kuskus z sosem pieczeniowym :D |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz